Skazani na Shawshank – recenzja filmu

„Skazani na Shawshank” to film o młodym bankierze niesłusznie skazanym na dożywocie za zamordowanie swojej żony i jej kochanka. Ta część historii to jednak jedynie pretekst do opowiedzenia o życiu w więzieniu, o relacjach międzyludzkich w tych nietypowych warunkach. Główny bohater, czyli Andy Dufresne musi znieść wszystkie upokorzenia, które czekają na „nowego”, zarówno te ze strony współwięźniów, jak i strażników. Andy jest gwałcony, bity, pogardzany, ale dzięki swojemu opanowaniu nie załamuje się.

Historia opowiedziana jest z perspektywy innego więźnia – „Reda”/”Rudego”. Pełni on w Shawshank rolę człowieka, który załatwi wszystko. Ten punkt widzenia zachowany był również w filmie, problem pojawił się natomiast w doborze aktora.  Darabont wybrał Morgana Freemana. Ten znakomity aktor swoją rolę odegrał znakomicie, jednak dla osób, które przed obejrzeniem filmu czytały książkę, przyzwyczajenie się do Freemana jako rudego irlandczyka Ellisa Boyda Reddinga nie było łatwe. Na szczęście Freeman znakomicie wykreował swoją postać, dzięki czemu spokojnie można wytłumaczyć tak dalekie odejście od książkowego wzoru, szczególnie że główna różnica dotyczy tylko i wyłącznie koloru skóry, charakter oddany był bezbłędnie.

Oczywiście jest znacznie więcej różnic między ekranizacją „Skazanych” a książką, nie są jednak one tak bardzo znaczące. Niektórzy mogą zauważyć, że np. jest podany inny rok, kiedy Andy trafia do więzienia lub, że fałszywa tożsamość, którą wykreował sobie w opowiadaniu została stworzona już podczas procesu, a w filmie dopiero podczas pobytu w więzieniu i  to dosyć późno. Nie są to jednak zmiany, które w szczególny sposób zmieniłyby przesłanie książki. Są to tylko drobne uproszczenia by nie rozdrabniać się w przekazie, co w tak skompresowanej formie jak film mogło by utrudniać odbiór. Podobnie zbędne było przedstawienie kilku naczelników więzienia i ograniczono się tylko do jednego – ostatniego, czyli Nortona. Utwór literacki daje więcej czasu by na spokojnie zapoznać się z każdym nowym bohaterem, a w filmie sprawiłoby to tylko zagmatwanie. Istotną zmianą jest już jednak koniec jaki reżyser przeznaczył dla Nortona. W książce jest po prostu aresztowany, a w filmie popełnia samobójstwo.

Widać w tym pewną amerykańską tendencję do przedobrzenia – źli muszą być ukarani i to w spektakularny sposób, wszystko musi być mocne, wywołujące silne wrażenia, nawet kosztem realizmu. Samobójstwo jest naczelnika było faktycznie wstrząsającym fragmentem, pełnym napięcia, szczególnie, gdy reżyser tak ukazywał scenę, by do ostatniego momentu nie było wiadomo czy Norton będzie strzelał do chcących go aresztować policjantów, czy do siebie. Niestety taka zmiana jest również lekko banalna i niepotrzebna, tak samo jak scena, w której młody więzień Tommy zostaje zastrzelony przez strażnika Hadleya podczas rzekomej próby ucieczki, kiedy w oryginale po prostu zostaje przeniesiony do innego więzienia.